piątek, 11 października 2013

17:35

Trzynaście minut. Tyle wystarczy mi, by dobiec na przystanek i złapać wcześniejszy miejski bezpośrednio na dworzec. 
Ledwo zsynchronizowałem ruch ręki otwierający drzwi sali z pędem mojego ciała, które wprost leciało na szybę drzwi wyjściowych z sali wykładowej.  Kurtka, biegiem.  W głowie bił mi tylko zegar odliczający sekundy do mojej śmierci. Śmierci z powodu Życia, które właśnie wsiada w pociąg i wyjeżdża na stałe. Wiedziałem, że nie dam rady. Nie zdążę zobaczyć, być może po raz ostatni miłości mojego życia. Nie być może. Na pewno. Jest uparta jak tabun rozhisteryzowanych jedenastolatek, które chcą iść do szkoły z pomalowanymi paznokciami. Jeśli zechce jechać i nie wrócić, to pojedzie i nie wróci. Nie wiedziałem, że się wyprowadza, ale teraz byłem pewien, że jeśli to robi, to przeze mnie. Siedziałem wykładzie z prawa spółek handlowych i rozwiązywałem piąte sudoku z rzędu, kiedy wibracje wiadomości przychodzącej zapowiedziały niechybny koniec. Wiadomość od: Aśka. ‘17:35, Dworzec Główny. Anka jedzie do Wrocławia z całym swoim życiem, rusz dupę i uratuj Ją sobie i nam, skończony palancie. ‘
Anka, siedemnasta trzydzieści pięć, Wrocław, uratuj.
A n k a,  W r o c ł a w.
A  N  K  A
Tylko tyle przedostało się do mojej świadomości. Wystarczająco tyle, by przewrócić moje życie i zburzyć wizję przyszłości. Aż tyle, do stracenia w jednej chwili. Zamroczyła mnie panika. Postawiło mnie w momencie. Zastrzyk paraliżującego strachu, że mogę jej już więcej nie zobaczyć, że może jej się przecież coś stać, może się wykoleić pociąg, mogę już jej więcej nie zobaczyć, mogą na ten pociąg napaść Indianie, mogę jej już więcej nie zobaczyć, znajdzie tam sobie jakiegoś chujopląta i mogę jej już więcej nie zobaczyć, kurwa! Łańcuch akcja-reakcja pobijał na głowę prędkość światła. Nie wiem kiedy wstałem, nie wiem jak wybiegłem, nie wiem jakie w tym momencie pokonałem rekordy z bycia zwykłą ciotą w pięcioboju emocjonalnym.
   Stałem przy oknie kierowcy i wyprzedzałem wzrokiem wszystko co było przed nami, spoglądając ukradkiem na licznik prędkości, modląc się, żeby tym razem siła wzroku mogła zadziałać i uda mi się przesunąć wskazówkę o jakieś trzysta kilometrów na godzinę więcej. Przez to wszystko zapomniałem, że przecież mogę do niej zadzwonić, zapytać i żądać od niej, żeby nie ważyła się przekraczać wejścia do wagonu. Jednak w momencie, gdy wpadłem na ten genialny pomysł stwierdziłem, że przecież moja-nie-moja Ania, jest przecież tą, a nie inną Anią i zdążyła mnie zablokować albo zmienić numer, w najlepszym wypadku po prostu wyłączyć komórkę.
Mimo to spróbowałem. Wybrałem pierwsze dwie cyfry. Telefon od razu wyświetlił mi jej imię. Nawet technika podpowiada, kto jest na pierwszym miejscu w życiu. Najpiękniejsze imię na świecie. Wcisnąłem zieloną słuchawkę. Nie chciałem zadawać pytania, dlaczego chce to zrobić. Doskonale wiedziałem.

ABONENT NIEDOSTĘPNY. PROSZĘ ZADZWONIĆ PÓŹNIEJ. 

Kurwakurwakurwajegomaćjapierdolekurwanie! Czy ona zawsze musi unosić się taką dumą? Damski honor, co jeszcze! Tak, pokaż tę urazę, pokaż swoją wyższość! Kurwa, bez sensu. Została mi tylko modlitwa, obojętnie do kogo, byleby podziałała. Nie zaginaj tym razem czasoprzestrzeni, komunikacjo miejska, dojedź na miejsce, Ania, komunikacja międzymiastowa niech jedzie bez Ciebie.
Sam sobie się dziwię jak mogłem być tak skretyniały. Jak mogę być tak skretyniały nadal, że pozwalam marznąć na dworcu i dać odjechać gdzieś wpizdu kobiecie, która tak dzielnie znosiła moje zjebane akcje, która mi przebaczała każdy mój chory wybryk, gdy mówiłem, że odchodzę, gdy wracałem z podkulonym ogonem, od której wymagałem rzeczy, o których samo pomyślenie powinno mnie kopnąć w jaja, kobiecie, o której nie myślałem podejmując pseudożyciowe decyzje, która jest dla mnie najlepsza. Aniusi, którą znam od dawna, ale nadal nie mogę znieść, że nie znam od zawsze. Wiem tylko, że ma być na zawsze. Tak, chcę, żeby była moją żoną, żeby była nią od dworca na wieczność. 
Jestem chujem.
Imbecylem.
Idiotą.
Skończoną łajzą, która powinna wić się z bólu i błagać o wybaczenie.
Ma rację. Niech jedzie, ja zostanę, niech jej życie będzie lepsze, ja tu się stoczę, poradzi sobie, ja nie poradzę, jej należy się szczęście, nie zasługuję na Nią.

Miałem w dupie bilet, kanarów, autobus pełen ludzi i to, że każdy gapi się na mnie. Wiem, wyglądam jak psychopata z szeroko otwartymi oczami, poczerwieniałymi od emocji i zapominania, że trzeba mrugać od czasu do czasu. Wiem, wyglądam jak przestępujący z nogi na nogę pedofil, który czeka pod podstawówką na koniec lekcji. Czułem, że byłbym szybciej pieszo mimo, że to sześć kilometrów stąd. Droga wydawała się nieskończonością, a czas pędził jak pojebany. Moje serce było już dawno na miejscu. Czekało tylko na nogi, żeby mogło się ruszyć. Nawet oczu nie potrzebowało. Znalazłoby cel w przeciągu chwili.
Chciałem zarobić jak najwięcej czasu. By starczyło, by przekonać ją, by ją zatrzymać, by powiedzieć jak ją kurwa, kocham, że jestem grzybem, hipokrytą na końcu łańcucha życiowego, pizdą, nie facetem.  Ja pierdole, ale to słabe. Ja jestem słaby. Jak denny harlekin dla niedoruchanych dewot, które myślą, że każdy facet powinien przeczytać dla nauki i bycia prawdziwym mężczyzną Pięćdziesiąt Twarzy Greya.
Zielone światło, piętnaście sekund, Jezu, nie jest zakorkowane, trzydzieści sekund! Nie ustępuj palancie tym cepom na pasach, jedź, kurwa, jedź szybciej, siedemnasta dwadzieścia siedem, moje życie się kończy! Kolejne światło zmienia się na zielone, nie waż się hamować, bo sam zaraz poprowadzę to gówno! Na przedostatnim przystanku nikt nie wsiadł, zarobiłem kolejne osiem sekund. Jeszcze dwie minuty i wysiadam.
Kolejne czterdzieści sekund dostałem przecinając skrzyżowanie w poprzek, chyba tylko instynktownie kręcąc głową, bo na pewno nic nie widziałem czy coś zaraz mnie stąd zmiecie czy tylko poturbuje. Jestem. Boże, który peron? Chuj, nieważne, znajdę ją. Gdzie jesteś, młoda? Gdzie jesteś, pokaż, że zrezygnowałaś, pokaż się, nie chcesz wyjeżdżać, wiem o tym, czuję to. Powiedz, że to był tylko żart, błagam. 

 W jednej chwili przekręcając głowę przez ułamek nanosekundy zauważyłem, że czyjeś oczy kłują iskierkami w moim kierunku i ledwo trafiły. Siedemnasta trzydzieści cztery, odwracam głowę.


 Nikt nigdy nie miał i nie będzie miał takich oczu jak ona tu i teraz.
Zielone, najzieleńsze, szklane od płaczu wlepione we mnie. Widać w nich całą gamę uczuć, mienią się ambiwalencją. Poraz pierwszy od dawna widzę je przede wszystkim ...zaskoczone. Tak. zaskoczone. I to nie-negatywnie. Zawsze ją zaskakiwałem, zadając cios.. Dopiero teraz mam porównanie. Zasługuję na ścięcie chuja, ale to teraz nieważne. Jej oczy. Przepełnione paniką i … chyba właśnie przechodzącym przez nie ledwo zauważalnym cieniem ulgi. Jestem, kochanie, po Ciebie. Zauważyłem, że w odpowiedzi Dwie Nadzieje mego życia pokrywają się smutkiem i rozpaczą. Boi się, widzę to. I przeprasza. Boże, za co ona mnie przeprasza? 
 Moje oczy pozostały wlepione w nią jak screen zrobiony w najpłaczliwszym momencie Titanica, gdy ta dziwka zajęła całe miejce na drzwiach od szafy skazując swego Romea na śmierć. Ja też umierałem. Czułem przyspawane porażką nogi do betonu. Jej oczy. Jej oczy, ich przejrzystość zakłócona przez brudne i porysowane okno pociągu, który właśnie wydał ostatni sygnał. Poczułem drgania podłoża.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz