Podciągnęła kolana pod brodę i bujając się rytmicznie, czekała. Czekała na falę bólu która miała dopiero nadejść. Nie trafiło, choć mogło, chociażby wtedy, kiedy te wszystkie padające w jej kierunku słowa uderzały w uszy jak grad na blachodachówkę, odbijający irytującym promieniowaniem w każdą komórkę jej ciała, przynosząc mroźny dreszcz nie do zniesienia. Nawet nie wtedy, gdy wracała do domu z miejsca, które nagle, odtąd, po zupełnym przebiegunowaniu będzie dla niej wspomnieniem początku najgorszego końca - nie, to jeszcze nie to. To dopiero nadejdzie. Przychodzi po czasie, kiedy zostaje się sam na sam z własnym umysłem, który miał rację. Zawsze ma. Teraz się dopomni, to będzie jego zemsta za nieposzłuszeństwo. Czas start, cierp.
Była na to przygotowana. Miało wykarczować jej optymizm, zrównać z poziomem morza jej wolę istnienia. Czekała na skręt duszy, na skurcz oddechu, na wiotkość myśli, na marstkość czucia. Na pękający z gruchotem kręgosłup jej marzeń, który miał trzymać w pionie jej przyszłość, na poziomie jej życie. NIECH TO JUŻ PRZYJDZIE KURWA! Nie chcę już czekać, ta cisza mnie osłabia. Niech już będzie po wszystkim, niech umrę, niech wypalą mi się flaki, tylko niech już będzie po. Lecz przecież jasne, to tortura, to czekanie, ta niepewność. Taka głuchota przed pierdolcem. Tak, mózgu, zrób ze mnie papkę, niech mnie zemdli, niech wyrzygam serce, które i tak już zdycha w konwulsjach. Zniszcz mnie. Nie, on mnie zniszczył, ty mnie dobij, domęcz, zdewastuj, zdeformuj mi sumienie, posyp solą, polej denaturatem, grzeb tępym nożem w tych ranach, które mi naciął cietym i ostrym jak skalpel do potęgi Housa słowem. Będę się wykrwawiać wieki, niech i mi sępy wyżrą wątrobę. Ma uderzyć mnie to wszystko, całe zło i cierpienie świata, ból i zgrzytanie zębów, bród, smród i ubóstwo, sodoma i gomora, tsunami na Haiti, puszka Pandory, długość dźwięku samotności i World Trade Center. Przecież to, co powiedział mi prosto w twarz z całą zawartością kwasu i siarki jadem, śmierdzącą egoizmem na milę, to było nic. Fraszka, igraszka, zabawka blaszana. To z jaką rozkoszą zaciągał się piątym szlugiem i wraz z dymem puszczał w niepamięć każdą chwilę, którą poświęciłam dla niego, by wyciągnąć go z rozkładającego się bagna chemicznego uzależnienia od Niej, to było nic. Tępe odrętwienie. Słuchając nie słyszałam. Patrząc nie widziałam. Ślepa, głucha i rozklekotana. Rozumku, witam Cię na wojnie domowej, jesteś cwany, wiesz że największą krzywdę wyrządzę sobie ja sama. Ani On, ani nikt inny nie jest w stanie zdegradować mnie do poziomu ameby, idiotki o inteligencji muszli od kibla, jak tylko Ty, Rozumku.
Tylko neurony w mózgu, które obierają taką drogę, tak się łączą, by podarować Jej widowiskową karę za naiwność wobec serca na jaką stać Ją za każdym razem kiedy jest ociemniała i beznadziejna, bo zaczęły Ją rozpraszać jakieś latające rozkoszne robaczki w dolnej części podbrzusza. Cały czas te same.Ale nic nie przychodzi, Nic, najgorsze Nic na świecie. Dlaczego jest ciągle tak cicho? Bólu gdzie jesteś? Rozumie, czemu jak zwykle się spóźniasz?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz