Czy napiję
się wódki? Pytanie.
Od kiedy nawarzyłam sobie całą cysternę zwietrzałego do pogranicza sików piwa, nie mam ochoty na nic innego.
Z jednej strony czuję nieodpartą chęć wziąć dwudziesty raz z kolei telefon do ręki, odkładany już od dwóch godzin w to samo miejsce na stole i wystukać trzy litery o nacechowaniu potwierdzającym.
TAK.
Chcę się z Tobą spotkać za godzinę w parku, przy tej konkretnie ławeczce, najbardziej oddalonej od ścieżki i przechadzających się strażników miejskich, gdzie za trzecią lipą po skosie w prawo leży pomysłowo ukryta w gałęziach stara deska z babcinego kredensu. Ta położona na kosz na śmieci doskonale nadaje się jako stolik na wódkę i kieliszki.
Przecież mam Ci tyle do powiedzenia.
A nie mogę mieć. Druga, bardziej racjonalna strona, czy jak kto woli – rozum wytrenowany przez kazania mojej matki po trzecim rozwodzie wiem, że nie można mężczyźnie dawać kolejnej szansy. To tak jakbyś wręczył komuś drugi nóż, bo jesteś masochistą i masz jeszcze miejsce w plecach na następny cios. Pamiętaj, gdy ktoś raz cię okłamie, zostawi czy zrani, zrobi to po raz kolejny. Jeśli nie naprawdę, to w twojej głowie na pewno. Musisz być silny. Nie martw się o nikogo. Jeśli zaczynasz się o coś martwić, zaczynasz być słaby, bo masz coś do stracenia. Słabość nie w tych czasach, kochanie.
Nie powinnam się wahać. Mimo, że minęło pięć miesięcy, tydzień i dwa dni od naszej ostatniej rozmowy – a raczej pseudodialogu, bo jedyne co byłam w stanie wydusić z siebie to spazmatyczny oddech, w mojej świadomości wciąż odbijały się nakolcowane słowa, przez które miałam cię znienawidzieć. I znienawidziłam. Na pięć miesięcy, tydzień i dwa dni.
Wystarczyła jedna wiadomość.
Bajzel w głowie zawsze posprzątam, ale teraz już wiem, serce nigdy się porządku nie nauczy.
Zepsułeś mi plan. Miałeś już nie brać udziału w moim życiu. Ale ty lubisz mieszać mi w głowie. Uwielbiasz pojawiać się znikąd i donikąd potem odejść. Jednak nic nie poradzę. Czekam na Ciebie. Jesteś we mnie zameldowany, zawsze masz najwygodniejszy fotel, najsłodszą herbatę i najcieplejszy sweter. Kiedykolwiek zechcesz, możesz tu wrócić. Musisz tylko pamiętać, że przedsionki za każdym razem są bardziej odrapane, wszędzie kurz i coraz gorszy standard. Robi się coraz ciszej, bo z każdą zachodzącą śmierdzącą ropą raną zabliźniają mi się usta, które nie chcą już mówić o tym co boli. Jest coraz ciaśniej, budują mi się kolejne warstwy muru z zastygłych emocji i uczuć, przez które nikomu już nie chce się przebijać.
Dlaczego to wszystko staje się teraz tak nieważne? Gdzie znajduje się ta siła, która pomaga wstać i ufać jeszcze raz? Serce, mimo, że żyjesz w chaosie znajdujesz w tym sens, jesteś mistrzem. To co dla rozumu jest sufitem, dla Ciebie zagraconą podłogą.
Tak, to jest jedno z tych uczuć, ponad wszystkie inne, kiedy wiesz, po prostu jesteś pewny, że ktoś jest Twoim dobrem doskonale komplementarnym.Razem tworzycie jedność. I wybaczysz, wszystko wybaczysz, bo wiesz, że tylko z nim czujesz się całością.
Wstaję. Idę. Do Ciebie. Przecież jesteś dla mnie szyty na miarę. Czekasz. Od godziny na ławeczce najbardziej oddalonej od ścieżki i przechadzających się strażników miejskich.
Od kiedy nawarzyłam sobie całą cysternę zwietrzałego do pogranicza sików piwa, nie mam ochoty na nic innego.
Z jednej strony czuję nieodpartą chęć wziąć dwudziesty raz z kolei telefon do ręki, odkładany już od dwóch godzin w to samo miejsce na stole i wystukać trzy litery o nacechowaniu potwierdzającym.
TAK.
Chcę się z Tobą spotkać za godzinę w parku, przy tej konkretnie ławeczce, najbardziej oddalonej od ścieżki i przechadzających się strażników miejskich, gdzie za trzecią lipą po skosie w prawo leży pomysłowo ukryta w gałęziach stara deska z babcinego kredensu. Ta położona na kosz na śmieci doskonale nadaje się jako stolik na wódkę i kieliszki.
Przecież mam Ci tyle do powiedzenia.
A nie mogę mieć. Druga, bardziej racjonalna strona, czy jak kto woli – rozum wytrenowany przez kazania mojej matki po trzecim rozwodzie wiem, że nie można mężczyźnie dawać kolejnej szansy. To tak jakbyś wręczył komuś drugi nóż, bo jesteś masochistą i masz jeszcze miejsce w plecach na następny cios. Pamiętaj, gdy ktoś raz cię okłamie, zostawi czy zrani, zrobi to po raz kolejny. Jeśli nie naprawdę, to w twojej głowie na pewno. Musisz być silny. Nie martw się o nikogo. Jeśli zaczynasz się o coś martwić, zaczynasz być słaby, bo masz coś do stracenia. Słabość nie w tych czasach, kochanie.
Nie powinnam się wahać. Mimo, że minęło pięć miesięcy, tydzień i dwa dni od naszej ostatniej rozmowy – a raczej pseudodialogu, bo jedyne co byłam w stanie wydusić z siebie to spazmatyczny oddech, w mojej świadomości wciąż odbijały się nakolcowane słowa, przez które miałam cię znienawidzieć. I znienawidziłam. Na pięć miesięcy, tydzień i dwa dni.
Wystarczyła jedna wiadomość.
Bajzel w głowie zawsze posprzątam, ale teraz już wiem, serce nigdy się porządku nie nauczy.
Zepsułeś mi plan. Miałeś już nie brać udziału w moim życiu. Ale ty lubisz mieszać mi w głowie. Uwielbiasz pojawiać się znikąd i donikąd potem odejść. Jednak nic nie poradzę. Czekam na Ciebie. Jesteś we mnie zameldowany, zawsze masz najwygodniejszy fotel, najsłodszą herbatę i najcieplejszy sweter. Kiedykolwiek zechcesz, możesz tu wrócić. Musisz tylko pamiętać, że przedsionki za każdym razem są bardziej odrapane, wszędzie kurz i coraz gorszy standard. Robi się coraz ciszej, bo z każdą zachodzącą śmierdzącą ropą raną zabliźniają mi się usta, które nie chcą już mówić o tym co boli. Jest coraz ciaśniej, budują mi się kolejne warstwy muru z zastygłych emocji i uczuć, przez które nikomu już nie chce się przebijać.
Dlaczego to wszystko staje się teraz tak nieważne? Gdzie znajduje się ta siła, która pomaga wstać i ufać jeszcze raz? Serce, mimo, że żyjesz w chaosie znajdujesz w tym sens, jesteś mistrzem. To co dla rozumu jest sufitem, dla Ciebie zagraconą podłogą.
Tak, to jest jedno z tych uczuć, ponad wszystkie inne, kiedy wiesz, po prostu jesteś pewny, że ktoś jest Twoim dobrem doskonale komplementarnym.Razem tworzycie jedność. I wybaczysz, wszystko wybaczysz, bo wiesz, że tylko z nim czujesz się całością.
Wstaję. Idę. Do Ciebie. Przecież jesteś dla mnie szyty na miarę. Czekasz. Od godziny na ławeczce najbardziej oddalonej od ścieżki i przechadzających się strażników miejskich.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz