piątek, 18 października 2013

Wyleczymy sobie serca zabijając bogu ducha winną wątrobę.

Czy napiję się wódki? Pytanie.
Od kiedy nawarzyłam sobie całą cysternę zwietrzałego do pogranicza sików piwa, nie mam ochoty na nic innego.
Z jednej strony czuję nieodpartą chęć wziąć dwudziesty raz z kolei telefon do ręki, odkładany już od dwóch godzin w to samo miejsce na stole i wystukać trzy litery o nacechowaniu potwierdzającym.
TAK.
Chcę się z Tobą spotkać za godzinę w parku, przy tej konkretnie ławeczce, najbardziej oddalonej od ścieżki i przechadzających się strażników miejskich, gdzie za trzecią lipą po skosie w prawo leży pomysłowo ukryta w gałęziach stara deska z babcinego kredensu. Ta położona na kosz na śmieci doskonale nadaje się jako stolik na wódkę i kieliszki.

Przecież mam Ci tyle do powiedzenia.
A nie mogę mieć. Druga, bardziej racjonalna strona, czy jak kto woli – rozum wytrenowany przez kazania mojej matki po trzecim rozwodzie wiem, że nie można mężczyźnie dawać kolejnej szansy. To tak jakbyś wręczył komuś drugi nóż, bo jesteś masochistą i masz jeszcze miejsce w plecach na następny cios. Pamiętaj, gdy ktoś raz cię okłamie, zostawi czy zrani, zrobi to po raz kolejny. Jeśli nie naprawdę, to w twojej głowie na pewno. Musisz być silny. Nie martw się o nikogo. Jeśli zaczynasz się o coś martwić, zaczynasz być słaby, bo masz coś do stracenia. Słabość nie w tych czasach, kochanie.
Nie powinnam się wahać. Mimo, że minęło pięć miesięcy, tydzień i dwa dni od naszej ostatniej rozmowy – a raczej pseudodialogu, bo jedyne co byłam w stanie wydusić z siebie to spazmatyczny oddech, w mojej świadomości wciąż odbijały się nakolcowane słowa, przez które miałam cię znienawidzieć. I znienawidziłam. Na pięć miesięcy, tydzień i dwa dni.
Wystarczyła jedna wiadomość.
Bajzel w głowie zawsze posprzątam, ale teraz już wiem, serce nigdy się porządku nie nauczy.
Zepsułeś mi plan. Miałeś już nie brać udziału w moim życiu. Ale ty lubisz mieszać mi w głowie.  Uwielbiasz pojawiać się znikąd i donikąd potem odejść. Jednak nic nie poradzę. Czekam na Ciebie. Jesteś we mnie zameldowany, zawsze masz najwygodniejszy fotel, najsłodszą herbatę i najcieplejszy sweter. Kiedykolwiek zechcesz, możesz tu wrócić. Musisz tylko pamiętać, że przedsionki za każdym razem są bardziej odrapane, wszędzie kurz i coraz gorszy standard.  Robi się coraz ciszej, bo z każdą zachodzącą śmierdzącą ropą raną zabliźniają mi się usta, które nie chcą już mówić o tym co boli. Jest coraz ciaśniej, budują mi się kolejne warstwy muru z zastygłych emocji i uczuć, przez które nikomu już nie chce się przebijać.
Dlaczego to wszystko staje się teraz tak nieważne? Gdzie znajduje się ta siła, która pomaga wstać i ufać jeszcze raz? Serce, mimo, że żyjesz w chaosie znajdujesz w tym sens, jesteś mistrzem. To co dla rozumu jest sufitem, dla Ciebie zagraconą podłogą.
Tak, to jest jedno z tych uczuć, ponad wszystkie inne, kiedy wiesz, po prostu jesteś pewny, że ktoś jest Twoim dobrem doskonale komplementarnym.Razem tworzycie jedność. I wybaczysz, wszystko wybaczysz, bo wiesz, że tylko z nim czujesz się całością.
Wstaję. Idę. Do Ciebie. Przecież jesteś dla mnie szyty na miarę. Czekasz. Od godziny na ławeczce najbardziej oddalonej od ścieżki i przechadzających się strażników miejskich. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz